Bloog Wirtualna Polska
Są 1 277 272 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

JASZCZURKA

środa, 31 lipca 2013 7:12

 

29 lipca, poniedziałek – godz. 16 – upał (38stopni).

30.07.2013 218.jpg

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Jest tak gorąco, że małżonek przedłużył mi weekend o jeden dzień. Dobrze, bo raniutko mogłam przejść się po ogrodzie i wybrać najładniejsze działki do nagrody, także zrobić kilka fotografii do kroniki ogrodowej i do ogrodowej strony internetowej. Jeszcze zostało mi obejrzeć 25 działek w drugim końcu ogrodu, czyli na jakieś pół godziny pracy, ale zaczynało się robić gorąco, że odłożyłam przechadzkę na wieczór lub na jutrzejsze popołudnie. Piękny jest nasz ogród. Gdybym tak miała więcej czasu … no i … Pusia. Dzisiaj na czas obchodu zamknęłam ją w domku (dobrze, że w domku jest chłodno). Pewnie spała, bo jak wróciłam to się przeciągała. A noc była nieprzespana. Trudna była ta noc. Zaczęło się od tego, że wczorajszy wieczór był ciepły. Za nic nie chciała wracać do domu. Goście już pojechali, ja po wieczornej toalecie położyłam się z „Miłoszem”  do łóżka, dla Pusi zostawiłam otwarte okieneczko do pokoiku. Co jakiś czas odkładałam książkę, by zobaczyć, gdzie jest Pusia. A Pusia „warowała” przy okieneczku, ale do powrotu do domku nie mogłam jej namówić. Całkiem jak z dziećmi, co to z podwórka nie chcą wracać. Ileż to razy musiała mamusia po nas wychodzić, a my ciągle, że jeszcze chwilkę, malutką chwileczkę. Tak więc wspominając swoje dzieciństwo, pozwoliłam jej pobyć na dworze dłużej, tak jak wspomniałam na wszelki wypadek miała okieneczko uchylone. Dochodziła godz. 23. Nagle rozległ się straszny pusiny wrzask pod drzwiami. Rzuciłam „Miłosza” i pędzę do drzwi. Oczywiście zamknięte. Jak na złość wyjęty był  klucz z dziurki. Co tu robić? „Co się dzieje? Co się dzieje?” – krzyczę i klamką szarpię i po klucz sięgam. Otwieram drzwi. Pusia w pozycji obronnej, czyli siedzącej, aż się gotuje – tak warczy, ale wroga już nie widziałam. Uciekł. Natychmiast, gdy tylko otworzyłam drzwi Pusia wskoczyła do domku i schowała się pod stół warcząc. Zamknęłam drzwi, popatrzyłam przez okienka, czy nie widać gdzieś tego kota, pozamykałam okienka, odłożyłam już „Miłosza” i położyłam się spać. Ale gdzie tam – sen nie przychodzi. Może zbyt późno piłam popołudniową kawę?  A może znów ta pusina adrenalina? Dochodziła północ, a więc prawie po godzinie, słyszę lament pod drzwiami. Płacz. Miauczenie jakby mi już znane.  Zerwałam się na równe nogi. Pusia też spod stołu do drzwi doskoczyła i dawaj warczeć. „Pusia, uspokój się. Nic ci nie grozi” – uspakajałam Pusię. Nie dała się uspokoić, nawet pogłaskać. Wyjrzałam przez okienko – ciemno, nic nie widać. Otworzyłam drzwi – wyjrzałam, też ciemno. Też nic nie widać. I znów popatrzyłam przez okienka, pozamykałam. Pusia tylko patrzyła, jak ja sprawdzam, czy wszystko jest O.K. Pomyślałam, że może postoję za firanką dłuższą chwilę. Może wróci. I opłaciło się. Po dość długim czasie widzę zza firaneczki, że coś się jakby poruszyło przed werandką. Delikatnie odsuwam firaneczkę i widzę … czarnuszka w białych skarpetkach i pod krawatem. Powoli wszedł na werandkę i dłuższą chwilę stał przy drzwiach. Co tam robił? Może zaglądał do kosza na śmieci? Przypomniało mi się, że nie dałam mu nic na kolację z pusinowego stołu. Czarnuszek po chwili odszedł spod drzwi w kierunku kompostownika. Nawet nie zajrzał po drodze do szklarenki, gdzie ma swoją miseczkę (wiedział, że jest pusta). Miałam w lodówce pasztetówkę. Ukroiłam dwa grube plastry i zaniosłam mu do miseczki. Zawołałam „kici-kici”, ale nie przyszedł…  Znów posprawdzałam okienka i drzwi i poszłam do łóżka. Może była pierwsza w nocy. Słyszę, że Pusia chrumka coś z miseczki. Wstałam, dołożyłam jej trochę karmy. I znów do łóżka. Pusia po jedzeniu położyła się na biurku, na laptopie. Wstałam więc i wzięłam ją do siebie. Pogłaskałam po mordce, po grzbiecie… Mruczała, mlaskała, śliniła się, aż usnęła -  jak dziecko. Jednak sen nie był spokojny. W pewnym momencie zerwała się na równe nogi. Stanęła na mnie i rozgląda się po pokoiku. „Pusia, nic się nie dzieje. Śpimy” – mówię do niej. Ale Pusia zeskoczyła ze mnie na podłogę, przejrzała kąty i znów poszła spać na laptopa. I tak przespałam do szóstej rano. Pusia więcej mnie nie budziła, ale jak ja wstałam, zaraz za mną wstała i ona (z laptopa). Wyjrzałyśmy na werandkę. Pusia nosem przeniuchała wszystkie płytki, na dłużej zatrzymała się w kąciku, przy drzwiach. Zaglądam, co ona tam wywęszyła i widzę ślady kociego moczu na drzwiach i w kąciku werandki. Kawalerskie zaproszenie, czy wezwanie na koci pojedynek? A może swoista prośba o kolację? Poszłam do szklarenki - pasztetówka zniknęła. Biedny czarnuszek. Pewnie był głodny, przyszedł po pusine resztki, a tymczasem naciął się na Pusię. Stąd była ta awantura i ten koci płacz.  Pusia po nocnej przygodzie cały dzień czujna. Nie spuszcza mnie z oczu. Bynajmniej tak mi się zdawało.

Tymczasem … Wracam z ogródka do domku, a tu poprzestawiane „meble”. Widać było jazdę na chodnikach, ale najbardziej zadziwiła mnie przestawiona zielona taczka o 90 stopni i Pusia za tą taczką. (Ta taczka służy mi za szafę amerykańską). Więc jaka to musiała być wojna i z kim? Nic nie było słychać. Żadnego wrzasku, ani żadnego warczenia. Pusia spokojnie na mnie popatrzyła i ruszyła się zza taczki.  Czegoś szuka. Znalazła. Jaszczurka!!! Pusia upolowała mi jaszczurkę i przyniosła do domku, żeby mi ją podarować. Sama nie chciała jej jeść. Co zrobić z tą jaszczurką, a w zasadzie z jaszczurkiem? Był zielony, ale ogona pół już zgubił. Wzięłam go do ręki to mnie ugryzł i uciekł. Ale Pusia zaraz go znalazła i dalej zaczęła nim się bawić. Jaszczurek błagał o litość, szeroko otwierając pyszczek.  Złapałam go przez szmatkę i wspólnie z Pusią zaniosłyśmy go do naszego kamieniołomu pod winogronem. Może powinnam najpierw (choćby na sekundę) włożyć go do lodówki (Pusia wie, że w lodówce jest jedzenie). Można by było w ten sposób  dowartościować Pusię, ale dopiero teraz wpadłam na ten pomysł (następnym razem tak zrobimy – o ile będzie okazja do następnego razu).

Nadal szukamy domu dla Pusi. Niestety dwa miejsca, zdawałoby się, że pewne – nie wyszły. Może po wakacjach …                      


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

PUSIA I PSY

niedziela, 21 lipca 2013 13:51

PUSIA  I  PSY

Wczorajszy dzień w biogramie Pusi i dla Koperkowa wyjątkowy.  Zaczął się jakby już w niedzielę wieczorem. Zadzwoniła właścicielka Pusi, że prawdopodobnie od sierpnia Pusia będzie miała nowych opiekunów. Dom na wsi z dużym ogrodem, z budynkami gospodarczymi. Prawdziwa wolność i wielka przestrzeń. Wymarzone miejsce dla Pusi. Temat na cały wieczór przy kolacji. Pusia w tym czasie cały czas nie opuszczała miejscówki na wersalce, którą sobie upatrzyła na popołudnie i na wieczór. Trochę nawet to nas dziwiło, bo mijały godziny wieczornego obchodu działeczki, a Pusia nie raczyła nawet nosa z domku wychylić. Co ją tak przygwoździło do tej akurat miejscówki? Ale to jeszcze niewiele. Pusia przespała całą noc. Ani na minutę nie zeszła z wersalki. Zwykle nad ranem, między trzecią a czwartą, budziła mnie, że chce wyjść na dwór. Wstawałam, wypuszczałam ją, zostawiałam dla niej otwarte okieneczko lub lekko uchylone drzwi. Wczorajszego ranka obudziłam się pierwsza. Była piąta. Pusia jakby czekała kiedy ja wstanę. Cichutko  podniosła się i podeszła pod drzwi, żeby ją wypuścić. Wstałam więc i ja do pracy, a czekało na mnie łuskanie groszku. Zrobiłam dla Pusi śniadanie, sobie poranną kawę, zorganizowałam miejsce pracy i zabrałam się za to łuskanie. Pusia trochę pochodziła po ogrodzie, trochę mi poasystowała  i dwie godziny nudnej pracy minęły, a grochu jeszcze drugie tyle zostało co wyłuskałam. Nie powiem, ale zmęczyłam się tym dwugodzinnym siedzeniem na taborecie. Położyłam się odpocząć. Pusia też położyła się „odpocząć”. Musiałam być bardzo zmęczona tą pracą, bo spałam prawie dwie godziny. Pusia siedziała na chodniczku przed wersalką jak pies i czekała kiedy się obudzę. I znowu groch i kolejne dwie nudne godziny. Pusia siedziała nad miską i sprawdzała, jak przybywa grochu – strączek po strączku, ziarnko po ziarnku. Aż zakończyłam pracę i trzeba było coś z tym obranych grochem zrobić. Pomyślałam sobie, że zawiozę rowerem do domu do zamrożenia (niedaleko – 15 minut). Pusia nie chciała wejść do transportera i jechać ze mną, nie chciała też wejść do domku – co ją się uprosiłam. Pomyślałam więc, że może niech zostanie sama w ogrodzie.  Umościłam dla niej legowisko na werandzie, wyniosłam miseczki z jedzeniem i piciem – gdybym miała wrócić nieco później. Może nic złego nie stanie się. Nikt jej nie ukradnie i żaden pies jej nie dorwie, choć biały pies jest na koty cięty i już dwukrotnie pokazał Pusi co potrafi. Pisałam o tym wcześniej. Niektórzy działkowcy to nawet widzieli jak potrafił w locie złapać kota i na strzępy rozszarpać. Odkąd są te psy prawie nie ma kotów. Za to jest coraz więcej nornic i kretów. Z kolei jak było dużo kotów, to mało było ptaków. Tak źle i tak niedobrze.  Ale wracając do wczorajszego dnia – jednak postanowiłam zaryzykować i zostawić Pusię samą na pastwę losu. Niech sobie radzi i pojechałam. Dwie godziny mnie nie było. Wróciłam, Pusia w furtce mnie przywitała, zaraz po ogrodzie pooprowadzała – wszystko w porządku. Na popołudnie zaplanowałam sobie przeorganizować opaskę wzdłuż siatki od ulicy. Wyrwać wszystkie rumianki i astry, zastawić tylko krzewinki chińskiej róży ogrodowej. W wolne miejsca może posadzę czarną malinę. Chwastów było więc sporo do wynoszenia. Pusia asystowała mi od strony ogrodu, a ja pracowałam od ulicy. Łańcuch od furtki zdejmij – łańcuch załóż. Zdejmij / załóż. I tak za każdym razem, żeby Pusi nie przyszło do głowy wyjść na zewnątrz ogrodu. Ale Pusia cały czas przy siatce z drugiej strony, więc pomyślałam, że nie będę tak z tym łańcuchem ciągle zdejmij/załóż, tylko przemknę. I tak zrobiłam. Tymczasem Pusia jakby przeczytała w moich myślach. Ja patrzę a ona jest przy mnie. Pusia wracaj… Pusia idź do domu, bo tutaj chodzą psy… Ale gdzie tam. Pusia musiała zaraz wszystko obwąchać: każdą trawkę, każdą kępkę, każdy krzew na ulicy, siatkę po drugiej stronie naszej posesji, fundament. A ja pracowałam i nosiłam chwasty do kompostownika. Ale za którymś razem Pusi nie widzę. Chodzę po ulicy, szukam, wołam. Nie ma. A tu Pusia wychodzi z żywopłotu z ligustra sąsiadów. Odetchnęłam. Znów do pracy, znów z chwastami do kompostownika i nagle słyszę ujadanie psów jakby w sąsiedniej alejce, może dalej.  Pomyślałam, że może Pusia gdzieś się szwęda po obcych działkach, psy  ją zoczyły i teraz ujadają. Zostawiłam wiaderko z chwastami i idę zobaczyć co to się dzieje. Z sąsiedniej alejki ucieka pies najmniejszy – jakby się czegoś przestraszył. Dochodzę do tej alejki i widzę na własne oczy jak Pusia siedzi przy siatce, a trzy psy wyszczekują na nią. Jakieś 50-60 metrów. Biegnę do niej, krzyczę na psy, żeby sobie poszły, klaszczę, a one wyją i ją obszczekują prawie jej pod nosem. Mnie jakby nie słyszały. Jeszcze  kilkanaście  kroków. Słyszę jak Pusia na nich warczy -  gotowa do walki na śmierć i życie. W końcu psy mnie zobaczyły. Odstąpiły od Pusi, ja ją szybko złapałam na ręce. Nie protestowała, choć nadal jeszcze po cichutku warczała, trzęsła się, sapała, a serce jej biło tak mocno, jakby za chwilę miało pęknąć. Niosę ją do domu, patrzę a tu idzie małżonek ulicą i już dochodzi do naszej alejki. Co się stało? – pyta. Opowiedziałam…

Zaniosłam Pusię do domku. Uciekła pod stół, ale za kilka minut położyła się  na aktualnej miejscówce. Tak spała/leżała nieprzerwanie cały wieczór i całą noc. Czuwałam nad nią. Od czasu do czasu wzdychała. Obudziłam ją rano o szóstej, zrobiłam jej śniadanie. Pusia pokręciła się i znów poszła do legowiska. I tak cały dzisiejszy dzień prawie przeleżała/przespała. Mnie nie odstępowała ani na krok. Gdy wieczorem przyjechał małżonek, Pusia siedziała na werandzie. Widziała go, ale nie podeszła do furtki go przywitać, co zawsze czyniła.

czarnykotek2013.jpg

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dziś odwiedziły  nas dwa koty: dachowiec podobnego ubarwienia  co Pusia – taki trochę burasek z długimi nogami  i czarnuszek. Pusia widziała na własne oczy jak czarnuszek zjada jej resztki, ale nie protestowała. Widziała też na własne oczy, jak burasek przeskakuje przez furteczkę, jak cyrkowiec.  „Gdybym ja tak umiała  skakać” – pewnie sobie pomyślała…

Minęła godzina 22,30. Pusia już śpi na swoim legowisku. Od czasu do czasu wzdycha. Nachyliłam się nad nią, żeby posłuchać jak oddycha. Ciężko. Jeszcze musi odpoczywać, zanim  wróci do siebie. Jutro przerwiemy urlop i pojedziemy do domu. Może wszystko wróci do normy…


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

URLOP

poniedziałek, 15 lipca 2013 15:07

Koperkowo. Sobota - 13 lipca 2013 roku, godz. 10,00. Temperatura 16 stopni. Od wczorajszego wieczora rozpoczęłam tygodniowy koperkowy urlop. Oczywiście zabrałam ze sobą Pusię.  A tu zimno i mokro. Nijak wyjść na ogródek, tylko siedzieć w domku i czytać książkę. Ale niespodziewanie zadzwoniła Hania, że dziś o godz.12. jest szkolenie na temat letniego cięcia drzew, czy przyjdę. Chyba pójdę. Zamknę Pusię w domku – niech śpi i pójdę. Tymczasem jeszcze trochę muszę potrzymać kciuka lewego, gdyż moja Dorotka zdaje egzamin państwowy na II stopień księgowości. Zawsze trzymam lewego kciuka, gdy córki zdają egzaminy.

Wczorajsze popołudnie nie było sympatyczne. Najpierw bardzo trudna rozmowa z właścicielką Pusi. Miałam  Pusią opiekować się w czasie jej nieobecności, gdy przebywała za granicą. Tymczasem okazało się, że jest problem. Z różnych powodów Pusia nie może do niej wrócić. Trzeba będzie dla niej poszukać  nowego domu. Domu z wyjściem na ogród, gdyż Pusia nie jest kotem kanapowym. Pomimo, że jest wysterylizowana, jest bardzo ruchliwa. Norweżka leśna. Bardzo inteligentna. Potrzebuje przestrzeni do polowania, choćby nawet była to tylko zabawa. Jest jak pies – pilnuje gospodarstwa. Potrafi być wdzięczna. W bloku jest z nią trudno. Godzinami stoi pod drzwiami i miauczy, żeby tylko wyjść na dwór. Nawet pogodziła się ze smyczą, aby tylko choćby na godzinę wyskoczyć na trawkę. Gorzej jest z powrotem do domu. Jeśli do zimy nie uda się dla niej znaleźć domu, właścicielka podjęła decyzję, żeby Pusię uśpić. Pusia jest silna i zdrowa. 5 lat skończyła w marcu. Łzy same leją się po policzkach na samą myśl. Czy będzie miała szczęście, żeby żyć?

 

13.07.2013 pusia.jpg

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Także wczorajsza podróż do Koperkowa nie była udana. Oczywiście z mojej winy. Pusia cierpliwie czekała aż zrobi się pranie, aż sprzątnę kuwetę, aż się wykąpię, aż spakuję wszystkie potrzebne manatki na cały tydzień. Nawet sama wskoczyła już do transportera, żeby tylko jak najszybciej wyjechać. Spokojnie dała się zamknąć w transporterze. Cierpliwie czekała przed klatką schodową, aż wyprowadzę rower, także wyniosę śmieci do śmietnika. No i ruszyłyśmy na ścieżce rowerowej. Wtem rower się przechylił. Straciłam panowanie nad kierownicą i wywaliłam się z całym swym dobytkiem, także z Pusią. Na szczęście Pysia była przywiązana do roweru, więc transporter nie spadł na ziemię i nie otworzył się. Dzielnie Pusia zniosła ten upadek, ale jak tylko znalazłyśmy się na miejscu odwdzięczyła się skubnięciem mnie w nogę i porządnym  fuknięciem. Nie powiem, że nie miała racji. Bo kto tak obwiesza kierownicę, gdy ma na bagażniku jakieś stworzenie? Na zakończenie dnia nafuczała na Dorotkę i na małżonka (gdy przywieźli dla mnie prowiant na tydzień). Pewnie wyniuchała od nich zapach innych kotów (Setki i Syrenki). Setka to Dorotki kocica, rasy brytyjskiej, a Syrenka - zwykły dachowiec. Jakiś czas temu wprosiła się na podwórko przy moim sklepiku. Została wysterylizowana, odrobaczona i odpchlona. Zostanie na zawsze. Jest jak cyganka. Przymila się, czaruje i coraz więcej wchodzi do naszej rodziny. Już ma swoją miskę w sklepowej łazience. Aktualnie przymierza się do zdobycia fotela. Pewnie jej się uda. Taka jest Syrenka. Zupełnie inna jest Pusia. Pusia jest władcza, zaborcza, wymagająca. Ma swoje zdanie. Własne widzenie na życie. Więcej z niej rysia niż kota, trochę z psa. Jednakże jest inteligentniejsza od Setki, którą można w ramach pieszczot pociągnąć za ogon, a ona co najwyżej spróbuje uciec. Pusia nie pozwoliłaby nikomu na takie pieszczoty. Szkoda, że koci język jest taki trudny. Pewnie szybciej nauczyłby się człowiek chińskiego, niż pojął kocią mowę. Szkoda Pusi, bo mogłoby być fajnie, a tak … nie wiadomo co będzie dalej.

Noc dzisiejsza minęła bez emocji. Poszłyśmy spać wcześniej. Rano między trzecią a czwartą obudziłam się, zaraz Pusia to wykorzystała, pobiegła do drzwi, żeby ją wypuścić. Na dalszą część ranka zostawiłam uchylone okienko. Słyszałam przez sen, że często z niego korzystała, ale mnie do rana nie niepokoiła. Może wyczuwa moje rozterki, mój niepokój o nią, moje myśli? Kto wie na jakich falach odbierają  koty? W trakcie pisania tej notatki przyszła do mnie, weszła na kolana, zwinęła się w kłębuszek i cichutko pomruczała. Trudno było powstrzymać łzy.

Taka jest Pusia.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Z POZYCJI PUSI

poniedziałek, 15 lipca 2013 15:02

Z pozycji Pusi pierwszy lipcowy weekend można uznać za udany, choć do zachodu słońca jeszcze kilka godzin (jest godz.16 –werandowy termometr wskazuje 28 stopni – słonecznie – lekkie podmuchy wiatru nieco chłodzą powietrze).

7.07.2013 040.jpg

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Do Koperkowa przyjechałyśmy  rowerem w piątek późnym popołudniem. Upał był ogromny, ale Pusia jakoś wytrzymała te 15 minut drogi w swoim rowerowym transporterku.  Już wie, że transporterek i rower – to pewne Koperkowo. Do weterynarza, jak potrzeba jechać ma inny transporter. Jest większy, wygodniejszy. Na początku były problemy z wejściem do transporterka, ale z czasem zrozumiała, że innego wyjścia nie ma, jeśli chce się być na urlopie.  Gorzej, gdy trzeba wracać do domu. Pusia jakby czuła koniec weekendu i chowa się, że trudno ją odnaleźć.

Czarny kot przychodzi na jedzenie codziennie, ale już jak się ściemnia. Pusia jakby pogodziła się, że jest nocny nadworny lokator i odpuściła sobie wałęsanie się po działce późnym wieczorem. Wychodzi dopiero nad ranem między godz. trzecią a czwartą i wtedy do rana chodzi po ogrodzie, czasem wejdzie do domku zobaczyć, czy ja jeszcze śpię (oczywiście, że śpię – nawet jeśli nie, to udaję, że śpię.  Pusia mnie nie budzi). W domu jest inaczej. W domu to mnie budzi aż do skutku. Najpierw drapie w dywan, potem w materac, jak nie pomaga - to miauczy, a na koniec łapą, łapą we mnie, żebym już wstawała. Tak więc tutaj, w moim Koperkowie,  przynajmniej się wyśpię.

 

7.07.2013 009.jpg

7.07.2013 008.jpg

7.07.2013 005.jpg

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

7.07.2013 004.jpg

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

7.07.2013 003.jpg

 

 

 

 

 

 

 

 

 

7.07.2013 010.jpg

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

To róże z mojej Alei Róż. Nie wszystkie pokazałam, bo niektóre na dziś przekwitły, ale już są nowe pączki.

Poniżej zakątki Koperkowa.

Na pierwszym widok na kompostownik,  za motylkami jest ukryta wanna, gdzie  się myję (można nawet wykapać się). Na następnym widok na zielnik, w tym na maliny polany. Na trzecim zdjęciu poniżej pokazałam przejście przy altance od tyłu domku do przodu, a na czwartym przejście do krainy westchnień czyli do nadwornej toalety. Na ostatnim zdjęciu mój gaik (w głębi  nadworna toaleta).

7.07.2013 015.jpg

       7.07.2013 017.jpg

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

7.07.2013 023.jpg

 

 

 

7.07.2013 024.jpg

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

7.07.2013 051.jpg7.07.2013 054.jpg7.07.2013 062.jpg

7.07.2013 064.jpg7.07.2013 069.jpg

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

W ogrodzie jestem na bieżąco.

Truskawki już się kończyły. Za wiele ich nie miałam, ale smak w pamięci pozostał. Także borówka amerykańska. Czereśnie jeszcze młode – zaledwie garść owoców na obydwu urwałam. Teraz smakujemy czarną malinę. Dojrzewa czarna porzeczka i agrest. Rosną ogórki. Wczoraj zerwałam czerwoną porzeczkę - 6 kilo. Pewnie pójdzie na wino, bo nie mam pomysłu na przetwór,  ale też i czasu za specjalnie nie mam. Codziennie 10 godzin pracy w moim sklepiku, a potem Pusia, jak dziecko stęskniona. Idziemy na godzinny spacer (zakładamy czerwone szelki). Z powrotem do domu zawsze są kłopoty. Czasem trzeba Pusię po prostu na siłę przyciągnąć na smyczy do domu. Potem czesanie (bo zdarzyło się, że przyniosła kleszcza) i dobra kolacja. I tak aż nadejdzie kolejny piątek i kolejne Koperkowo.

Wczoraj małżonek zrobił drabinę na dach. Nawet znalazło się dla niej miejsce na garażowanie -  w magazynku. Fajnie, bo jak wejść, gdy będzie potrzeba coś na dachu zrobić?

Pokazała się w oczku mała rybka. A już myślałam, że w tym żarze ugotowały się wszystkie ryby, które małżonek zapuścił. Może jednak coś ocalało. Niepokoją mnie bąbelki powietrzne, które wydostają się z dna oczka. Pewnie jakieś gazy – może nie trujące, bo jest podejrzenie, że to z ich powodu snęły ryby. Mamy japończyki (odporne na wszelkie niedogodności) . Kwitną grzybienie, osoka, żabi ściek  i grzybieńczyk. Takie malutkie oczko, a tyle w nim życia, że oczy same lecą podglądać mieszkańców.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

środa, 24 stycznia 2018

Licznik odwiedzin:  59 531  

Kalendarz

« lipiec »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
293031    

O moim bloogu

------Koperkowo--------- świat zamknięty w czterech --------arach ---------------- a zachwytu co niemiara

Ulubione strony

BLOGI PRZYJACIÓŁ

MOJA STRONA I MOJE BLOGI

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 59531
Bloog istnieje od: 2900 dni

Horoskop

Więcej w serwisach WP

Money.pl

Pytamy.pl